czwartek, 2 stycznia 2014

One-shot

Cud się stał, RooKie stworzyła coś o 12 w nocy po nie przespanej poprzedniej nocy xD
Dopiero wyszłam ze szkoły, dlatego dopiero teraz wstawiam... -.-
Błagam, by nikt nie oceniał mnie jakoś mocno surowo, a narracja taka...bo taka mi tu pasowała.Za wszelkie błędy przepraszam! ;^; Jeżeli są.
Dedyk dla Kingi, bo chciała bym ją zaskoczyła...więc czuj się zaskoczona tym, że coś stworzyłam o tak późnej porze, zjarana XD Nie no, a tak serio to postaram się zrechabilitować! ^^"
A o to i puchate (bo cholernie dawno nie pisałam nic "słodkiego" tylko ciągle fap,fap,fap XD) opowiadanie, podzielone na części...


----------------------------
Paring : Aoi x Uruha

Siedzieliśmy obok siebie na ławce w parku i nie potrzebowaliśmy słów, by zrozumieć, że oboje chcemy tą słodką bułkę z jabłkiem, którą trzymałeś w dłoni od pięciu minut.Znamy się tyle lat, że dosłownie "czytamy sobie w myślach".No i kto by nie zauważył mojego psiego spojrzenia.
Wiał letni, ciepły wiatr, który nie pomagał nam przynosząc ze sobą aromatyczną woń jabłek.
Patrzysz wygłodniale na swój przysmak, lecz zaraz te śliczne oczy zwracają się na moją twarz i, o dziwo, podsuwasz mi bułkę.
- Smacznego. - mówisz.
Nie słychać w Twoim głosie złośliwości czy opryskliwości.Jak zwykle dzielisz sie czymś swoim w sumie dając mi wszystko.



- No Uruha graj! - słyszę niezadowolony głos lidera zza perkusji.
Jak mam grać, gdy za oknem taka piękna pogoda, a ja siedzę w dusznym studio!
Spuszczam głowę i podchodzę do barku zaraz wypijając drinka, tak na orzeźwienie.
Kiedy już odwracałem się, by ruszyć do chłopaków i zrobić im referat o tym, że klimatyzacja jest niedobra i powinniśmy iść na spacer, Ty wyrastasz jak spod ziemi i łapiesz mnie za ramię.
- Co jest Kou? - pytasz patrząc mi w oczy z troską.
Uśmiecham się delikatnie i wzdycham ciężko opierając głowę o Twój tors.Nawet nie wiem czemu to zrobiłem, ale wydawałeś mi się dobrą podpórką.
- Taka pogoda...a ja siedzę tu i się męcze! Nie chce mi się grać...
Czuję jak uścisk na ramieniu poluźnił się, a dłoń powoli zsuwa na moje plecy, tulisz mnie do siebie.Czemu na to nie zareagowałem zwyczajowym "Nie wykorzystuj sytuacji!"?
- Skoro tak to wychodzimy. - nachylasz się i mruczysz mi do ucha.
Czuję przyjemny dreszcz, który przebiegł mi po karku, gdy Twoje usta muskają moje ucho.To takie przyjemne uczucie...
- Chłopaki kończmy, co? Pogoda piękna, słonko świeci, baby wywaliło na chodnik...nie siedźmy tu jak stare dziady.
Mocno się nie zdziwiłem kiedy wszyscy się z Tobą zgodzili niebywale ochoczo.Sądzę, że ten ostatni argument najbardziej do nich przemówił.Nawet Kai nic nie powiedział tylko szczerzył sie do nas jak idiota.
Chwyciłeś mnie za rękę i idziemy w kierunku wyjścia mijając sale i portiernie, wesoło się uśmiechasz.
- Em...możesz mnie puścić? - peszę się czując jak Twoje palce zaciskają się na mojej trochę mniejszej dłoni.
Nie odpowiadasz tylko nachylasz się i cmokasz mnie w czoło na co zdębiałem momentalnie.
- O gwiazdy trzeba dbać.A jak ktoś mi Cię ukradnie? Lepiej jak będę trzymał Cię przy sobie.
Nie pytając o nic więcej milczeniem zezwoliłem Ci na bezkarne trzymanie się za ręce.Ciebie to tak cieszyło, więc nie miałem nawet już ochoty stawiać dłużej oporu.
Po za tym wiedziałem, że kolejny dzień spędzimy razem także bezsensowne byłoby kłócenie się o taką pierdołe, no i w końcu obiecałeś mi na wieczór niespodziankę!



Czyste, grafitowe niebo.Gwiazdy mrygają do nas, a rogalikowaty księżyc oświatla nasze sylwetki.Scenariusz jak do taniego romansu? Być może, ale po przedwczorajszym, konkretnym zromantyzowaniu przez Ruki'ego nie spodziewałem się dziś po Tobie wyjścia na sake czy shochu.Szczególnie, że ostatnio miałeś często takie "odpały".
Zielona trawa swoim chłodem sprawia, że mam lekką gęsią skórkę.
Leżymy gdzieś na łące nawet nie wiem jak się tu znaleźliśmy, bo przez całą drogę miałem zawiązane oczy.
 Widok w sumie nie nadzwyczajny, ale w Twoim towarzystwie nawet to staje się magiczne.Ciekawe dlaczego. 
- Podoba Ci się? - pytasz, odwracając głowę w moją stronę.
- Jest ślicznie.Tak...twórczo. - wzdycham, a Ty zaczynasz się śmiać.
- Ha? Co się śmiejesz? - oburzony Twoim zachowaniem prycham dziko, a Ty widząc mnie lepiej zaczynasz się krztusić ze śmiechu. - Yuu! - wołam zły i siadam, trącając Twoje prawe ramię.
Po chwili uspokajasz się i też podnosisz patrząc mi w oczy z półuśmiechem.
- Po pierwsze wszędzie widzisz coś "twórczego" nawet moje śniadanie raz cię natchneło. - przewracam oczami uśmiechając się lekko.Dawno i nie prawda. - A po drugie... - nachylasz się bardziej dzięki czemu widzę jak błyszczą Ci się oczy, a ja nagle sparaliżowany nie potrafię się nawet odchylić. - ...coś masz we włosach i to chyba żabkę. - powstrzymujesz śmiech.
Chwilkę później faktycznie czułem jak coś po mnie łazi.Pisnąłem mało męsko i zacząłem trzepać dłońmi włosy z miłym "Spieprzaj zielona cholero!" na ustach.To wystarczyło byś znowu zaczął się śmiać.Niedawno doszedłem do wniosku, że masz bardzo ładny uśmiech jak i śmiech.
Złapałeś moje nadgarstki i oderwałeś je od włosów, a moja obecna fryzura dawała mi wygląd pieprzniętej prądem pandy.
- Spokojnie, patrz poszła sobie.
I rzeczywiście żaba w podskokach zniknęła w czeluściach trawy.Odetchnąłem głęboko i prychnąłem śmiechem.
- Nie lubię żab są... - podniosłem wzrok na Ciebie i oniemiałem.
Patrzyłeś na mnie z ciepłym uśmiechem.Twoje czarne oczy z pasją oglądały mnie całego.Zdziwiłem się, gdy położyłeś sobie moje ręce na swoim karku, a sam przysunąłeś się jeszcze bliżej, stykając się nosem z moim.
- Aoi.. - wydukałem przerażony.
Nie wiedziałem co cię napadło, ale wyglądałeś przepięknie w blasku księżyca.Twoje ponętne usta zaczęły delikatnie muskać mój lewy policzek, a jedną ręką objąłeś mnie w pasie, drugą się podpierając.Z szaleńczo bijącym sercem uświadomiłem sobie, że podoba mi się to co robisz.Nieruchomy jak głaz pozwalałem Ci pieścić moje ciało, choć rozum krzyczał, że jestem idiotom, że na to Ci pozwalam.Ale Twój zapach był jak narkotyk chciałem go ciągle czuć przy sobie...
Ustami zszedłeś na szyję – najwrażliwszą część mojego ciała.
Westchnąłem głęboko i tracąc równowagę padłem plecami na trawę.Ty od razu wspiąłeś się na mnie, całując i ssąc moją delikatną skórę.
- Czemu?... - szepczę, gdy Twoje dłonie muskają nieśmiało moje ciało pod koszulką.
- A potrzebny jest konkretny powód, by kogoś pokochać? - pytasz, przerywając pieszczotę.
Nagle poczułem się jakbym dostał patelnią w łeb, a na dodatek gdzieś tam w środku zrobiło mi się głupio.Miałem ochotę zrzucić Cię z siebie i pobiec do domu sprintem.Tak nie może być! Jesteś moim najlepszym przyjacielem! Nawet nie chodzi o to, że przedstawiałeś tą samą płeć co ja...
Chciałem powiedzieć, żebyś przestał, byś nie patrzył na mnie takim wzrokiem, lecz Twoje wargi spoczeły na moich i szybko ta myśl wyparowała mi z głowy.Całowałeś mnie z uczuciem, dłońmi kontynuując poznawanie mojego ciała.
Miałem kompletną pustkę w głowie i nie wiedziałem co mam teraz zrobić.Jedynie co to objąłem Cię mocniej za szyje, przysuwając bliżej siebie.
Podniecałeś mnie jak nikt inny, a kiedy to doszło do mnie poczułem nagły gorąc w całym ciele.
Miałem ochotę się roześmiać i powiedzieć "Eh, ja nie wiem co mam robić!", lecz tylko uśmiechnąłem się, czując się jak nastolatek na pierwszej poważnej randce.
Byłeś delikatny, jakbyś bał się, że dotykając mocniej zraniłbyś mnie.Uroczo.
Nie wiem kiedy zacząłem cicho sapać, nie mogąc się doczekać czegoś więcej.Moje dłonie pod koszulką sunęły po Twoim ciele wprawiając Cię w dreszcze, a Twój gorący, drażniący oddech tylko mnie prowokował.
Nagle wstajesz ze mnie i przeciągasz się z szerokim uśmiechem.
- Robi się zimno.Odwiozę cię.
Patrzę na Ciebie i zanim przemyślałem to co chciałem powiedzieć, moja myśl wystrzeliła niczym strzała z moich ust:
- Żarty sobie stroisz? - prycham niedowierzająco.
Spowodowałeś, że zacząłem tracić zmysły, że zapragnąłem Twoich ust bardziej niź kiedykolwiek, a teraz wstajesz jak gdyby nigdy nic?!
Wzdychasz cicho i pomagasz mi się podnieść.Otrzepując się z niewidzialnego brudu patrzę na Ciebie spod byka jak podchodzisz do swojego motoru i coś z niego wyciągasz.To coś ruszało się i miotało szaleńczo jakby miało zaraz wyskoczyć z tego kolorowego worka i zabić wszystkich dookoła.
- Nie robię sobie żartów Uruś...po za tym masz dzisiaj imieniny i chciałem sprawić by były niezapomniane. - mówisz spokojnie, stojąc już naprzeciwko mnie.Oh, sam zapomniałem o własnych imieninach... - No...to dla Ciebie!
Wciskasz mi do rąk coś co warczy, a ja w piewrszym odruchu chciałem to wyrzucić za siebie, lecz powstrzymałem się i odsupłałem lekko związany worek, a tam...
- Pies! - wykrzyknąłem, a czekoladowy szczeniak rasy labrador zaczął wariować i lizać mnie po twarzy na co zacząłem się śmiać.Szybko jednak spoważniałem i popatrzyłem na Ciebie morderczym wzrokiem.Twój tak szeroki uśmiech zaczął powoli blaknąć, aż w końcu zauważyłem jak nerwowo strzykasz palcami. - Ty...trzymałeś tego psa w tym worku cały czas? - pytam spokojnie.
- T-tak? - uśmiechasz się niepewnie.
- Idiota! Kretyn! Mógł się udusić, albo ktoś mógł mu coś zrobić! - panikuję, a piesek wyrwał mi się z rąk, biegnąc do Ciebie w podskokach. - No Yuu! Jesteś taki nieodp...!
Dalszą cześć reprymendy przerwał Twój pocałunek.Był czuły i uspokajający.Wierzchem dłoni pogładziłeś mój policzek i odsunąłeś się z półuśmiechem.
- Wybacz.On już to zrobił, a nawet mnie ukarał. - potrząsnąłeś lewą nogą, którą zapewnie miałeś mokrą, a ja zaśmiałem się dumny z nowego pupilka. - Kouyou ja naprawdę Cię kocham. - mówisz nagle i szybko, jakby ktoś wycisnął z Twojej piersi ostatni dech.Twoja twarz stężała i nabrała nerwowego wyrazu.Byłeś niepewny moich uczuć.
Co ja mogłem na to powiedzieć? Nie rozumiałem tego co działo się w mojej głowie, a tym bardziej z ciałem.Nie wiedziałem jak stosownie zachować się w tej sytuacji, by Cię nie urazić.Innymi słowy byłem zdezorientowany jak dziecko we mgle.
Psiak usiadł pomiędzy nami i jedynie on zakłócał gęstą jak kisiel ciszę.
Niedowierzanie.Właśnie to sprawiło, że nic nie powiedziałem i patrzyłem na Ciebie tępo, szukając na Twojej twarzy jakiejś wskazówki.
Zmarszczyłeś brwi i zamachałeś głową jakby karcąc się za wyznanie mi swoich uczuć.
- Zapomni Shima.Zapomni o tym i jedź do domu spać.Jutro próba... - mówisz cicho i cofasz się w stronę swojego pojazdu.Obserwuję jak wkładasz kask i siadasz na motor, odpalając go z dzikim warkotem.Zaraz...
- Y-Yuu! Czekaj! - przebudziłem się z letargu i ruszyłem do Ciebie, lecz Ty już obłędnie szybko jechałeś przed siebie zostawiając mnie samego z milionami pytań i ani jedną odpowiedzią na dodatek bez środka transportu.
Spojrzałem na psa.Siedział i patrzył na mnie z uwagą i spokojem, machając ogonkiem.Bardzo tym przypominał mi Ciebie.
- Chodź Laufier złapiemy taksówkę...jest tu w ogóle miasto gdzieś? - mówię do psa i klepie się po nodze, by maluch ruszył za mną co uczynił z radością.
Co to było? Czy wspaniały facet właśnie śmignął mi sprzed nosa?...

Następnego dnia rano po długiej nocy spędzonej na szukaniu taryfy, dotarciu do domu i  zapoznaniu psa z zasadami mieszkania, leżałem nieruchomo na plecach i patrzyłem pusto w sufit.Olałem próbę, bo wiedziałem, że i tak nie zagram tak jakbym chciał.Nie mógłbym, widząc Cię.
Laufier jeszcze smacznie spał obok mojego łóżka i nawet cicho pochrapywał.
Miałem mętlik w głowie.
Wczoraj wszystko działo się według mnie za szybko, przez co nie zrozumiałem nic z tego co zaszło.Twoje usta...takie miękkie i zmysłowe...dlaczego właśnie one najbardziej tkwią mi w głowie?
- Kochasz mnie... - mamroczę cicho do siebie.
To takie irracjonalne, że nie chce mi się wierzyć.Jak mężczyzna taki jak Ty mógł się zakochać we mnie!
Nagle słyszę jak ktoś wchodzi do mojego domu i cicho zdejmuje buty.
Przerażony uświadamiam sobie, że nie zamknąłem drzwi i podnoszę się do siadu, sięgając  po...lampkę nocną.Cóż była najbliżej i...można nią rzucić!
Słyszę kroki, aż w końcu ktoś otwiera drzwi do sypialni wchodząc do niej.Zamachnąłem się i już prawie rzuciłem żarówiasto żółtą lampeczką, ale widząc Ciebie, aż upuściłem przedmiot, budząc Laufier'a.
- Shiroyama...
Stoisz i patrzysz na wszystko tylko nie na mnie.Powoli zaczynało mnie to irytować.
- Co chcesz?  - pytam chyba zbyt szorstko, bo wzdrygasz się i w końcu Twój wzrok ląduje na mnie.
- Przyszedłem Cię przeprosić za wczorajszą noc i... - drapiesz się nerwowo z tyłu głowy.
- Ja Cię dobrze znam i wiem kiedy mówisz serio. - przerwałem Ci, wyraźnie nie pomagając.
W końcu siadasz obok mnie na łóżku i chowasz twarz w dłoniach z ciężkim westchnieniem.Po chwili ciszy przecierasz zmęczone oczy i spoglądasz na mnie znowu z tym dziwnym blaskiem w czarnych niczym węgiel ślepiach.
- No kocham cię.Bardzo.I nie mam zielonego pojęcia jak mam się z tego wyleczyć. - wzdychasz.
- Czemu masz się leczyć? - mówię pierwsze co przyszło mi do głowy.Patrzysz na mnie uważnie i uśmiechasz delikatnie.
- Bo najprawdopodobniej nie mam szans? - prychasz, głaszcząc psiaka, który szczęśliwy macha mocno ogonem widząc Cię.
Zapada milczenie, którego nie lubię.W ciszy patrzę na Ciebie i próbuję wymyśleć jakąś delikatną odpowiedź, że tak, nie masz szans, ale jakoś nie potrafiłem nic wykombinować.
Widzę z jaką nadzieją tu przyszedłeś i czuję ukłucie w sercu, gdy jesteś teraz taki smutny.
Kaszlę znacząco zwracając tym samym Twoją i psa uwagę.
- Aoi,powoli. - zacząłem, odgarniając przy okazji włosy z twarzy, czuję, że ta jego miłość może mieć sens. - Kochasz mnie, a ja Cię bardzo lubię.Powiedzmy, że...szansę masz, ale jedną. - zastrzegłem. - Staraj się, a może b-będziemy parą... - kończę ciszej, błądząc gdzieś wzrokiem.
To ciągle dla mnie dziwne i obce.Być z przyjacielem...?
Uśmiechasz się szeroko i rzucasz na mnie, tuląc mocno.Czuję przyjemny zapach męskich perfum i też się uśmiecham.Niebywałe jak w jednej chwili sprawiłem, byś zawładnął moim życiem.   
Zacząłeś gładzić moje plecy, a ustami delikatnie skubałeś skórę na mojej szyi.Ten niemy znak wystarczył mi, bym zrozumiał co chciałeś zrobić.Pytanie tylko czy nie zawiódł bym Twoich oczekiwań? 
Laufier zaszczekał i zaczął wpychać się między nas warcząc co chwilę na Ciebie, kiedy odpychałeś go z pomrukami niezadowolenia.
- Co za wścibskie stworzenie! - mruknąłeś zniecierpliwiony,a ja zaśmiałem się cicho.Szybko złapałeś mnie za pośladki, podnosząc z łóżka.Byłem tylko w koszulce i luźnych bokserkach jednak nie miałem czasu na myślenie o stroju, gdy Ty nagle przyparłeś mnie do ściany i wpiłeś się w moje wargi z namiętnością.Czułem głupie rumieńce wpływające na moje policzki i jak ciałem napierałeś na mnie, bym nie upadł.
Znałem Cię i wiedziałem bardzo dobrze, że z Tobą nic nie jest zwyczajne.Dlatego podniecony samą myślą co możesz mi zrobić zacząłem rozpinać Twoją koszule w sumie rozrywając guziki...
-----------------------
Nie znielubicie mnie za to, że tu przerwałam? *płonna nadzieja*  XD


2 komentarze:

  1. Nie znielubie :3 Jeny jeny jakie to cudne :3 Jak napisalas "gdy patrzylem z jaka nadzieja tu przyszedl".. myslalam, ze sie porycze :'3 To bylo mega <3

    OdpowiedzUsuń

Jeśli się podoba to skomentuj :3